Syberyjska opowieść - cz.1 Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Bronisława Horanin   
20.10.2007.

Urodziłam się w 1926 roku na wsi na Podolu. Wieś była duża, rozległa, na równinie, domy były kryte strzechą słomianą, z której zimą zwisały długie jak bagnety sople lodowe. We wsi była gmina, w której rządził wójt, starszy pan z dużymi sumiastymi wąsami. We wsi była również szkoła, do której ja uczęszczałam 6 lat. Do szkoły było dosyć daleko, droga była błotnista, zawsze mieliśmy buty z błotem wchodząc do klasy, dyżurni nie wpuszczali, trzeba było wpierw buty oczyścić, co zajmowało wiele czasu. We wsi był również duży kościół, do którego obowiązkowo chodziliśmy w niedzielę i święta. Ukraińcy mieli również cerkiew, bo była to raczej wieś ukraińska. Latem do kościoła szło się boso, niosąc obuwie w ręku, buty wkładaliśmy przed kościołem, dlatego, że w kościele była posadzka i byłoby zimno w nogi.

W domu było nas czworo rodzeństwa, ja byłam najstarsza, więc dużo musiałam pomagać rodzicom, jak również zajmować się młodszym rodzeństwem. Mama codziennie budziła mnie bardzo wcześnie, a że byłam wielkim śpiochem, ciężko mi było wstać. Trzeba było raniutko napaść krowy, później zjeść śniadanie i iść do szkoły. Po lekcjach wracałam do domu, jadłam obiad, napisałam lekcje, a uczyć się wiersza czy czytać, to trzeba było brać książkę w pole i uczyć się pasąc krowy czy gęsi. Na zabawę nigdy nie było czasu, mama ciągle wynajdowała mi jakąś pracę, nieraz tylko wieczorem pobiegłam się pobawić. Wakacji tez nigdy nie miałam, nie jeździło się nigdy na żadne kolonie, ani na obozy. Mieliśmy trochę ziemi uprawnej, więc musiałam pomagać również w polu. Mama dawała mi sierp i zabierała w pole do żniw. Słońce prażyło niemiłosiernie, a ja płakałam gorzkimi łzami, że muszę być w polu. Gdy wracaliśmy z pola na obiad, siadaliśmy pod drzewem na trawie, w cieniu, o, jakże błogi był ten chłód... Po obiedzie znów wychodziliśmy do żniwa. I tak było, dopóki nie zebraliśmy wszystkiego zboża. Wszystkie prace w polu wykonywaliśmy ręcznie, nie bylo maszyn, tylko sierp, kosa, cep i pług, więc praca była bardzo ciężka. Pomimo ciężkiej pracy w domu się nie przelewało, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Trzeba było żyć oszczędnie, żeby w domu nie było przednówku, co oznaczało głód. Mama sprzedawała to jajka, to masło, żeby zdobyć trochę grosza, który był wówczas groszem bardzo drogim, bo żyd i za pół grosza sprzedał cukierków, a trzeba było kupić i buty i odzież, trzeba było kupić książki i inne przybory szkolne, ponieważ chodziło nas już trzy do szkoły. Spłacaliśmy również pożyczkę dla żyda, którą ojciec brał na budowę, bo przecież zaczynaliśmy dopiero żyć. Dzieci rosły, więc wydatki były coraz większe.

W 1939 roku zaczęły się rozchodzić pogłoski, że będzie wojna. Niewiele kto wierzył, każdy był zajęty własnymi sprawami, ludzie przygotowywali się już do zimy, kopali ziemniaki i wykonywali różne inne prace, każdy żył normalnym rytmem dnia codziennego. Jesień 1939 roku była ciepła i słoneczna, każdy starał się zdążyć przed zimą. A zima była bardzo mroźna i śnieżna. Po wsi chodziły słuchy, że będą wywozić, ale nikt nie wiedział, kto, kogo i kiedy. Z czasem pogłoski przycichły, Ukraińcy chodzili po domach uspokajając ludzi, że nikt nikogo nie będzie wywoził.

Aż przyszedł dzień 10 lutego 1940 roku... (cdn.)

 
Festiwal PomuchlaFestiwal Pomuchla